Ten blog najlepiej jest czytać od początku...

Chcę, aby ten blog był jak książka: aby płynął wartko jak woda, dodawał otuchy jak Słońce, aby był poruszający jak powietrze i dawał oparcie jak ziemia, tworząc w Tobie wewnętrzną przestrzeń, pozwalającą inaczej spojrzeć na to, co już znasz...

niedziela, 24 stycznia 2010

Przeżyłam....

Gdy się ocknęłam pewnego dnia, zobaczyłam moją mamę, stojącą obok łóżka (stąd wywnioskowałam, że chyba leżę). Tylko otoczenie trochę dziwne: zielonkawe zasłonki, z takiej "flizeliny", jak ochronne okrycia, które w szpitalach zakładają osoby odwiedzające chorych.
Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek przychodziła do tego miejsca...

Gdzie ja jestem?! Co ja tu robię?! Co się stało?!!!
Miałaś wypadek - odpowiedziała spokojnie mama.

?!
Czując, że nie za bardzo mogę się ruszać, pomyślałam, że sytuacja jest chyba poważna. Plus fakt, że nic nie pamiętam i nie wiem, jak długo to trwa...
Odczułam gwałtowną potrzebę pocieszenia mojej mamy. Wyobrażam sobie, co przeżyła!

To ja się po raz drugi urodziłam? - powiedziałam, próbując się uśmiechnąć.
---------------------------------

Potem okazało się, że wypadek miał miejsce równo tydzień wcześniej, 19 września 2006 roku.
Opisane wydarzenie było pierwszym obrazem, jaki pamiętam z mojego NOWEGO ŻYCIA.
---------------------------------

No cóż, rzeczywiście, nie mogłam się ruszać. Na dodatek miałam dziwny obraz świata: jednym okiem widziałam w miarę normalnie, w drugim oku ciągle mi się coś ruszało, wyglądało to trochę, jak wąż, który pełzał - w miarę, jak poruszałam głową...

Dopiero po pewnym czasie dotarło do mnie, że lewe oko jest uszkodzone, a to, co widzę - to krew wewnątrz gałki ocznej (potem dowiedziałam się, że galaretka wypełniająca oko to ciałko szkliste).
Dopiero po pewnym czasie dowiedziałam się o sobie wielu innych rzeczy.
Na początku to ja zadawałam pytania, np. pytałam męża: ile mamy dzieci i jakie?
Codziennie domagałam się informacji: jaki dziś dzień?

Dwie osoby pamiętam szczególnie, ponieważ to właśnie one opiekowały się mną non stop podczas pobytu w klinikach wrocławskich: moją mamę i mojego męża.
Jak przez mgłę pamiętałam też jednego z synów, ale nie byłam tego pewna, stąd moje pytanie o dzieci.

W ciągu kolejnych kilku dni dowiedziałam się trochę więcej:
Wypadek był w górach, w Podgórzynie koło Jeleniej Góry.
Prowadziłam samochód, na który najechał betonowóz, jadący z naprzeciwka. Ciężarówka, wioząca pełną gruchę betonu (o łącznej masie dobrze ponad 20 ton), nie "wyrobiła" zakrętu i zjechała na mój pas. Udało się mnie wyjąć z auta dopiero po rozcięciu karoserii, dzięki interwencji Straży Pożarnej:


(zdjęcie za uprzejmą zgodą portalu jelonka.com)

Pierwszą dobę spędziłam w szpitalu w Jeleniej Górze, potem zostałam przewieziona do Wrocławia. Leżałam w kilku klinikach, przeszłam kilka operacji - niczego nie byłam świadoma...

Wiedziałam tylko jedno: CZUŁAM SIĘ BEZPIECZNIE.
Wtedy zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z moich potrzeb. Nie czułam głodu, nie wiedziałam, że jestem odżywiana inaczej, a mój organizm coś przetwarza i pozbywa się tego, czego już nie potrzebuje...

Poczucie bezpieczeństwa dawały mi osoby, które przy mnie były i zajmowały się zaspokojeniem potrzeb mojego organizmu.
Wiem to teraz. Wtedy nie myślałam o tym w ten sposób.
Wtedy było dla mnie ważne, że mogę leżeć, że nikt ode mnie nic nie chce, że jest mi ciepło, że widzę obok znajome twarze najbliższych...
----------------------------

I wtedy właśnie TO przyszło: ŻYCIE TO PRACA ZBIOROWA,
życie to praca zbiorowa, życie to praca zbiorowa, życie to praca zbiorowa, życie to praca zbiorowa, życie to praca zbiorowa....

- i tak bez końca...

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza